18 listopada 2009

...52

.... Rzucić by się chciało, w jakąś otchłań chwilowego nieistnienia.




Kopię niedbale w krzesło. (na którym usiadł mój umysł?)

Rozpada się, pozornie dbała konstrukcja.


Nie umiem tego poskładać. Tonę w kawałkach. (śmiech)

9 listopada 2009

...51

I źle. I źle. I źle.
I nie polubiliśmy się na początku. I nic nie wskazywało na poprawę.

I długo, długo nic.

Chwilami tylko objawy depresji dwubiegunowej.
(śmiech)


Wieczornym tramwajem rozmawiałam z nim długo. Każdy kant budynku nagle złagodniał, przestał mnie gryźć i ciąć za każdym razem gdy patrzyłam, gdy przejeżdżałam obok...
Uroczyste wybaczenie sobie wcześniejszych złośliwości. Ostateczne spojenie się ze sobą. (znowu śmiech)

Wstając rano i idąc sennie przez park wreszcie nie zaczepia szarpanie mnie za kurtkę myśli. Spokojnie przechodzę przez ulicę. Śmiejąc się ze swojego wcześniejszego wyobcowania.


Ale życie i tak przecięte na czas przed i po... spotkaniach z ludźmi dla których worek osierdziowy otacza mózg a neurony stanowią sens życia. I chwilę po, euforia i przypływ ogromnej energii. Ale nad ranem znów zjazd w dół, choć już nie tak bardzo ostry, gdy kształty na zewnątrz nie gryzą.

Jak na razie gryzie tylko samotność. Przerywana na chwilę Jego głosem przez telefon.
Nadzieją, że znów zobaczę. Za parę tygodni. 1000 km stanie się zaledwie 1 milimetrem....

Miasto. Już teraz towarzyszące mi w samotności. Moje. Na chwilę współtworzone z nim.


I te dziwne, neurochemiczne spotkania z nimi. Tak, choć przez chwilę nie jestem samotna wśród tłumu. Sens krystalizuje się do jednego tematu. Przez parę godzin w poniedziałkowe, mgliste wieczory.

6 października 2009

...50

50.... tysięcy myśli na sekundę.

Trochę źle. Trochę, bo nie chcę sobie powiedzieć na głos, że bardzo...

Samotność w wielkim mieście. Trochę z wyboru i lenistwa.
Trochę żałuję, choć i tak nic nie zmienię, będę
nadal biernie czekać na rozwój wypadków.


Telefon. Bo jednak w dużym mieście jest ktoś, kto słyszy.
Od razu lepiej.
Głos jak cukier dla gorzkiej do granic obrzydzenia herbaty.
Dwa wielkie samotne miasta komunikujące się ze sobą.
W jednym gęste mgły, w drugim szerokie ulice...

Nie wszystko tak jak powinno być. 3/4 spraw rozmija się na skrzyżowaniu planów.
Na około każdy tramwaj jedzie do swojego przystanku. Może trafi...

Dziś na pewno nie. Na pewno nie jutro ani za tydzień...
Trzeba związać swą zapłakaną duszę, by przestała już krzyczeć.. i znów poczekać kilka miesięcy.
W niecierpliwości swej uczyć się kolejnych porażek.


Muszę nauczyć się... przekładania odpowiednio torów.






... a tramwaj w końcu znajdzie wybrany przystanek.

28 września 2009

...49

Moje rybki gonią się po akwarium i próbują nawzajem zjeść.

Też mam ochotę... zapolować. Ale nie na rybki i nie na ludzi.

17 września 2009

...48

"Swobodę całkowitą zyska dopiero Ja uwolnione od problemów, przez wzięcie ich w cudzysłowie, Ja wprowadzone w świat, ale świadome konwencjonalności swej realizacji. Ja, będące zawsze ponad nią."

No i co z tego, skoro nic z tego... nie ma. Kompletnie nic. Czarna dziura w kosmosie urojeń, że można, że to nic trudnego.
A może mnie się po prostu nie chce, może wolę zostać tam gdzie jestem licząc na to, że nie zacznę się cofać.
I tak wiem, że zacznę. Prędzej czy później, ale oczywiście jeszcze nie jest za późno, by ruszyć tą cholerną nogę swojego zatęchłego, śmierdzącego JA i zrobić ślad na drodze. Z piasku.


Jakże kocham takie pseudo moralistyczno dekadencko brudne myśli. Cóż, nic nie poradzę na to, że śmietnik czasem trzeba opróżniać. A mój umysł stał się w tym momencie jednym wielkim śmietnikiem. Wysypiskiem śmieci z całego wszechświata. Tego urojonego i prawdziwego.

Mój pies śpi obok mnie spokojnie, właśnie przewalił się na drugi bok.
Chciałabym tak nieświadomie, cudownie bezwiednie zasnąć. Pstrryk! i nie ma moich czuć, przeczekuję w nicości powódź wszystkiego brudu. Tamy we mnie otwarte, niech przeleje się wszystko, może nawet wyrwać parę neuronalnych korzeni moich ... tych najgorszych...

Tak, chciałabym sobie otworzyć tamy mózgu i wylać cały szlam gdzieś na zewnątrz mnie. Nie dopuścić do kolejnych fal brudu w mojej świadomości i tej mniej świadomej...

Wiem, wiem że przesadzam... Ale muszę przepuścić tą burzę przez siebie, pozwolić rozpętać się jej i poczekać aż przejdzie. Więc tak do końca nie przywiązuję wagi do swych aktualnych stanów i wizji... mimo wszystko, nie da się tak całkiem... A czasem po prostu nie mam sił i poddaję się całemu procesowi krojenia, smażenia, solenia, gotowania, gniecenia, opiekania i jeszcze raz krojenia... swojego kalafiora. Jeśli potrawa uzna, że jest już gotowa, z powrotem zamienia się w całość i proces zaczyna się od nowa... szybciej lub wolniej, to zależy od pogody.








Jak kłębek nici zaplątanych, zły sam na siebie, że tak się poplątał... (chwilowo ;) )

13 września 2009

...47

Zapijam swoje egoistyczne dziury samotności.


W dalszym ciągu lukruję ciasteczka. Do granic obrzydliwości.


Ale wszystko inaczej niż kiedyś, zupełnie inaczej.

9 września 2009

...46

Lukrowanie mózgowych ciasteczek niespełnienia.