"Swobodę całkowitą zyska dopiero Ja uwolnione od problemów, przez wzięcie ich w cudzysłowie, Ja wprowadzone w świat, ale świadome konwencjonalności swej realizacji. Ja, będące zawsze ponad nią."
No i co z tego, skoro nic z tego... nie ma. Kompletnie nic. Czarna dziura w kosmosie urojeń, że można, że to nic trudnego.
A może mnie się po prostu nie chce, może wolę zostać tam gdzie jestem licząc na to, że nie zacznę się cofać.
I tak wiem, że zacznę. Prędzej czy później, ale oczywiście jeszcze nie jest za późno, by ruszyć tą cholerną nogę swojego zatęchłego, śmierdzącego JA i zrobić ślad na drodze. Z piasku.
Jakże kocham takie pseudo moralistyczno dekadencko brudne myśli. Cóż, nic nie poradzę na to, że śmietnik czasem trzeba opróżniać. A mój umysł stał się w tym momencie jednym wielkim śmietnikiem. Wysypiskiem śmieci z całego wszechświata. Tego urojonego i prawdziwego.
Mój pies śpi obok mnie spokojnie, właśnie przewalił się na drugi bok.
Chciałabym tak nieświadomie, cudownie bezwiednie zasnąć. Pstrryk! i nie ma moich czuć, przeczekuję w nicości powódź wszystkiego brudu. Tamy we mnie otwarte, niech przeleje się wszystko, może nawet wyrwać parę neuronalnych korzeni moich ... tych najgorszych...
Tak, chciałabym sobie otworzyć tamy mózgu i wylać cały szlam gdzieś na zewnątrz mnie. Nie dopuścić do kolejnych fal brudu w mojej świadomości i tej mniej świadomej...
Wiem, wiem że przesadzam... Ale muszę przepuścić tą burzę przez siebie, pozwolić rozpętać się jej i poczekać aż przejdzie. Więc tak do końca nie przywiązuję wagi do swych aktualnych stanów i wizji... mimo wszystko, nie da się tak całkiem... A czasem po prostu nie mam sił i poddaję się całemu procesowi krojenia, smażenia, solenia, gotowania, gniecenia, opiekania i jeszcze raz krojenia... swojego kalafiora. Jeśli potrawa uzna, że jest już gotowa, z powrotem zamienia się w całość i proces zaczyna się od nowa... szybciej lub wolniej, to zależy od pogody.
Jak kłębek nici zaplątanych, zły sam na siebie, że tak się poplątał... (chwilowo ;) )